Tristan Thompson walczy o nowy kontrakt, który najprawdopodobniej będzie sporych rozmiarów. Niektórzy powiedzą, że Thompson zostanie przepłacony (i pewnie będą mieli rację), niektórzy złośliwie dodadzą, że bardziej o ten kontrakt walczy sam LeBron James, który przecież ma tego samego agenta co kanadyjski podkoszowy. Prawda leży gdzieś po środku, bo choć Thomspon dostanie najprawdopodobniej pieniądze, na które nie zasługuje to jednak od czasu kontuzji Kevina Love stał się jednym z kluczowych zawodników w zespole Cleveland Cavaliers, który awansował do wielkiego finału NBA po raz drugi w swojej historii, a po raz pierwszy od 2007 roku.

Tymczasem dwójka zadaniowców z Golden State Warriors – którzy to z kolei na awans do finału ligi musieli czekać ponad 40 lat – to gracze, którzy na swoje pieniądze zasługują, a bardzo prawdopodobne, że jeden z nich zarabiałby może nawet więcej, gdyby dać mu większą rolę. Ta dwójka to Harrison Barnes oraz Andre Iguodala, którzy mają bardzo ważne miejsce w układance Steve’a Kerra w Golden State, o czym mogliśmy się przekonać choćby w decydującym, piątym meczu finałów konferencji przeciwko Houston Rockets.

I tak, podczas gdy zdecydowaną większość fanów NBA będzie interesował pojedynek dwóch wielkich gwiazd w osobach Stephena Curry’ego oraz LeBrona James, to może właśnie od wyżej wymienionej trójki zawodników będzie zależeć wynik tegorocznej walki o mistrzostwo NBA, ponieważ każdy z tych graczy może być w tej serii x-faktorem.

  • Tristan Thompson – Cleveland Cavaliers

Wróćmy do kanadyjskiego potwora na tablicach, jakim jest Tristan Thompson. Sukcesem jest fakt, że wielu kibiców Cavs zapomniało już, że jeszcze na początku fazy play-off ta drużyna miała w składzie Love’a. Love’a, który zresztą może opuścić Cleveland już tego lata, o czym donosi coraz więcej raportów. Jego kontuzja odbierana była jako wielkie osłabienie kandydatów do mistrzostwa, jednak koniec końców okazało się, że jego zastępca – a więc gracz o zupełnie innej charakterologii, niegrożący rzutem z dystansu – przynosi zespołowi wymierne korzyści, kto wie, czy nawet nie większe. Zresztą już w serii przeciwko Boston Celtics, w której przez trzy i parę minut czwartego meczu mieliśmy okazję oglądać Love’a, kanadyjski podkoszowy wnosił do gry mnóstwo dobrej energii, walcząc na tablicach i w zasadzie zjadając niski frontcourt bostońskiego zespołu.

Brak rzutu z dystansu miał być jednak problemem przeciwko Chicago Bulls, bowiem to Kevin Love miał zapewniać odpowiedni spacing, dzięki któremu otworzyłyby się drogi prowadzące pod kosz dla Jamesa oraz Kyrie Irvinga. Tymczasem Cavaliers poradzili sobie bez Love’a, a w dużej mierze także bez Kyrie Irvigina, który z powodu kontuzji stopy oraz kolana nie był sobą. Thompson notował z kolei solidne 9.3 punktów oraz 11.2 zbiórek (w tym 4 zbiórki w ataku) i 1.5 bloku na mecz, a drużyna z nim na parkiecie była średnio o siedem punktów lepsza od rywali. Bez niego Cavaliers zbierali najgorzej, bo średnio ledwie 38.6 piłek trafiało w ich ręce, podczas gdy z nim było to już bardzo dobre 45 zbiórek na mecz. Tylko zejścia LeBrona Jamesa na ławkę wywoływały gorszy wpływ na drużynę.

Jeszcze lepiej było przeciwko Atlanta Hawks, z którymi Cavs łatwo sobie poradzili i wygrali do zera. Thompson  grał w tej serii najwięcej ze wszystkich, notując nawet lepsze cyferki niż przeciwko Bulls (11.8/11.0/1.8). Dominacja na deskach była tu zresztą nawet większa, bo Cavs w czterech meczach zbierali przeciętnie 50.7 zbiórek, a wielka była w tym zasługa Timo Mozgova oraz Thompsona właśnie. Z nim zbierali średnio 53.3 piłek, bez niego zaledwie 40.4 – różnica aż 13 zbiórek na poziomie finałów konferencji musi robić wrażenie.

Przed sezonem Thompson i jego obóz dość zaskakująco odrzucili – mogłoby się wtedy wydawać – dobrą ofertę kontraktu na poziomie $52 milionów dolarów za cztery lata gry. Oferowali takie pieniądze zawodnikowi, który miał przecież tylko ubezpieczać tyły, bo podstawowym zawodnikiem miał być świeżo pozyskany Kevin Love. Teraz jednak Thompson zarobi zapewne więcej, także dzięki LeBronowi. James powiedział zresztą ostatnio, że Kanadyjczyk powinien zostać w Cleveland przez całą swoją karierę i on nie widzi powodu, dlaczego nie miałoby się tak stać. A jeśli mówi tak generalny menedżer najlepszy zawodnik twojej drużyny to możesz być spokojny o zielone papierki, które wylądują na twoim koncie. LeBron James od początku swojego powrotu do stanu Ohio jest najważniejszą osobą w organizacji i tak właściwie to jego zdanie liczy się tam najbardziej.

Thompson jednak na wielkie pieniądze nie zasługuje. Oczywiście, podnosi się próg salary cap, a co za tym idzie niektóre kontrakty nie będą wcale wyglądały tak źle. Trudno jednak w tym momencie wyobrazić sobie, aby ktoś taki jak Thompson – a więc dobry role-player – zarabiał więcej niż $13 milionów rocznie, które Cavs oferowali mu przed sezonem. Z drugiej strony, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, ile wart jest gracz, który potrafi bardzo dobrze przejmować krycie, świetnie zbiera na atakowanej tablicy (w fazie play-off Cavs z nim na parkiecie zbierają ponad 30 procent możliwych do zebrania piłek w ataku, bez niego jest to ledwie 42.2 procent), a do tego jest coraz lepszym rolującym i finiszerem w okolicach obręczy.

To głównie dzięki tej bardzo dobrej postawie na atakowanej tablicy mówi się, że Thompson będzie swoimi ponowieniami kluczową postacią pod koszami Warriors, preferującymi przecież grę small-ballem. 24-latek zaznacza przy tym wszystkim wielką pomocą ze strony Andy Varejao (który nota bene także zarabia duże pieniądze dzięki LeBronowi, a przecież znów jest kontuzjowany i drużynie w walce o mistrzostwo nie pomoże), a jeśli mówimy już o pomocy LeBrona to warto przy okazji zaznaczyć, że Thompson w zeszłym sezonie regularnym wykorzystywał obecność Jamesa tak, jak kiedyś robił to JJ Hickson. I tak, ponad 70 procent jego rzutów to były rzuty spod obręczy, podczas gdy w sezonie 2013/14 stanowiły one ledwie nieco ponad 51 procent.

Harrison Barnes i Andre Iguodala (Golden State Warriors)

Kelley L Cox / USA TODAY Sports

  • Andre Iguodala / Harrison Barnes – Golden State Warriors

Golden State Warriors to przede wszystkim Stephen Curry nagrodzony nagrodą dla najlepszego zawodnika sezonu regularnego 2014/15, to w dalszej kolejności mający za sobą najlepszy w historii debiut na stanowisku trenera Steve Kerr, to także drugi ze Splash Brothers, czyli Klay Thompson, ale też wyrastający na coraz większą gwiazdę Draymond Green oraz podpora defensywy Warriors i niegdysiejszy wybór numer jeden w drafcie Andrew Bogut. Golden State to jednak nie tylko te nazwiska, bo Golden State to także bardzo utalentowana ławka rezerwowych i mnóstwo świetnych role-players, wśród których prym wiedzie dwójka atletycznych skrzydłowych. Ta dwójka zresztą postara się spowolnić LeBrona Jamesa, który swój najlepszy mecz w sezonie regularnym zanotował właśnie przeciwko Warriors, rzucając im pod koniec lutego 42 punkty.

Wtedy ani Harrison Barnes, ani tym bardziej Andre Igudoala nie potrafili z Jamesem nic zrobić. Ten po prostu dominował, tak jak ma to w zwyczaju. Teraz jednak może być zupełnie inaczej, bo nie będzie to – jak trafnie określił to wtedy Chris Webber – zapowiedź finałów, a rzeczywiste finały. Nie będzie to więc mecz sezonu regularnego, a co najmniej cztery spotkania na najwyższym poziomie. Obie drużyny są też troszeczkę inne niż wtedy, choć LeBron James chyba wciąż taki sam – dać mu kilku dobrze rzucających zza łuku graczy, którzy na dodatek nieźle bronią, a on zdominuje calutki Wschód (ledwie dwie przegrane w trakcie całej fazy play-off, obie przeciwko Bulls), po raz piąty z rzędu awansując do finałów.

Trudno będzie więc LeBrona zatrzymać, powstrzymać czy po prostu spowolnić. To zadanie przypadnie głównie dwójce Barnes – Iguodala, bo obaj mają warunki, aby się z LeBronem zmierzyć. Obaj odgrywają też ważną rolą w Golden State, co udowodnili choćby w meczu numer pięć finałów konferencji przeciwko Houston Rockets. Szczególnie Barnes miał wtedy swój moment, bo zdaje się, że miewa on je przede wszystkim w fazie posezonowej. 13 punktów w samej czwartej kwarcie, 24 w całym meczu i nikt nie odczuł za bardzo braku Klaya Thompsona. Skuteczny w izolacjach, agresywny na tablicach, szybki w kontrze. Taki jest Harrison Barnes, który w Golden State Warriors gra czwarte, czasami może trzecie skrzypce. Dla potrzeb systemu stał się typowym graczem 3-and-D, ale w ważnych momentach przypomina, że potrafi być kimś znacznie więcej.

Iguodala jest prawdopodobnie najdroższym sixth manem w lidze, bo przecież dwa lata temu podpisał z Warriors umowę wartą $48 milionów za cztery sezony. Ale te pieniądze powoli się spłacają, nawet pomimo tego, że Iggy nie kręci już takich statystyk jak za filadelfijskich czasów, kiedy to kibice liczyli, że po erze jednego A.I. nastanie era kolejnego. Iguodala nie potwierdził zresztą wtedy, że jest tego typu zawodnikiem i liderem. Nigdy nie był i nie będzie już pierwszą opcję, ale znalazł sobie swoją niszę, w której idealnie się odnajduje, będąc jednym z najlepszych obrońców na pozycji skrzydłowego w całej lidze.

Przeciwko Rockets nie wyszedł naprzeciwko Jamesa Hardena bezpośrednio, ale w czasach, kiedy go bronił to robił to bardzo dobrze, szczególnie w piątym meczu tamtej serii, kiedy to przecież wiele z rekordowych 13 strat Hardena miało miejsce po świetnej obronie Iguodali. Ale on nie wnosi tylko dobrej obrony, bo oprócz tego jest też nieźle podającym, ścinającym i biegającym do kontry graczem. I wszystko to robi z ławki, będąc częścią najgłębszego chyba składu, z jakim mieliśmy w tym sezonie do czynienia. To zresztą po raz kolejny będzie pojedynek drużyny niezwykle głębokiej (tak jak San Antonio Spurs w ostatnich latach) z drużyną opartą na jednej wielkiej gwieździe.

Co ciekawe, z trzech najczęściej stosowanych ustawień przez Steve’a Kerra w tegorocznych playoffach znajdziemy jedno, w którym obok trójki Curry – Thompson – Green znajdziemy zarówno Barnesa, jak i Iguodalę. Ta piątka gra zresztą  najszybciej, dzięki czemu ma najlepszy atak z tych trzech najczęstszych ustawień na poziomie 113 zdobywanych punktów na 100 posiadań (ale i najsłabszą obronę na poziomie 106.9 traconych punktów na 100 posiadań, na dodatek ten atak jest tak dobry mimo także najsłabszej wtedy skuteczności za trzy). To po prostu najczystsza odsłona szybkiego small-ballu z Greenem na pozycji centra. Najbardziej pozamiatane jest jednak wtedy, kiedy zamiast Iggy’ego do gry wchodzi jeszcze Shaun Livingston. Takie ustawienie spędziło razem na parkiecie tylko 27 minut, ale w tym czasie było lepsze od rywali aż o 43.7 punktów na 100 posiadań. Kosmos.

Tymczasem pierwszopiątkowe ustawienie Warriors (z Barnsem jako niskim skrzydłowym) jest w tegorocznej fazie posezonowej 48 punktów na plusie. Warto też przy okazji wspomnieć, że spośród dwójkowych ustawień Warriors, które w fazie play-off spędziły na parkiecie razem co najmniej 200 minut to właśnie dwójka Iggy – Barnes zatrzymuje rywali na najgorszej skuteczności zza łuku na poziomie 28.4 procent przy średnio 5.9 próbach. Kluczem do zatrzymania Jamesa będzie więc powstrzymanie go od wjazdów i zmuszenie do częstszej gry na dystansie i półdystansie (co tak dobrze robili w ostatnich finałach Spurs), skąd tak efektywny już nie jest i trudno sądzić, aby przeciwko takiej defensywie nagle zaczął seriami stamtąd trafiać.

Stephen Curry czy LeBron James sami mistrzostwa nie zdobędą. Obaj będą potrzebowali pomocy i pod tym względem więcej szczęścia ma Curry, bowiem Warriors to nie tylko świetna pierwsza piątka, ale też bardzo dobrzy rezerwowi w osobach nie tylko Barnesa, Iguodali, ale też wspomnianego już Shauna Livingstona czy Festusa Ezeliego. Tymczasem w Cleveland nerwowo ściskają kciuki, aby Kyrie Irving grał na dwóch, a nie na jednej nodze, a do tego modlą się o podtrzymanie skuteczności zza łuku ich najlepszych strzelców. Gdzieś w tym wszystkim jest też Tristan Thompson, który może odegrać w tych finałach bardzo ważną rolę. Bo przecież koszykówka to przede wszystkim sport zespołowy, w którym na koniec wygrywa najlepsza drużyna. Start tegorocznych finałów NBA w czwartek.