Rajon Rondo już nigdy w barwach Dallas Mavericks nie zagra. To stwierdzenie jest raczej pewne po tym, gdy Rick Carlisle powiedział dziennikarzom, że nie spodziewa się już widzieć Rondo w koszulce Mavs. Rozwód Rondo i Mavericks był więc dość bolesny, tym bardziej, że ostatni mecz rozgrywającego w drużynie z Teksasu to koszmarny wręcz występ. Na tyle koszmarny, że po jego zakończeniu drużyna ogłosiła, że Rondo z powodu kontuzji pleców wypada z gry na czas nieokreślony. Teoretycznie, kontuzja – odniesiona kilkanaście dni wcześniej – mogła mieć trochę wspólnego z gorszą dyspozycją, ale w praktyce była to po prostu wymówka, by odsunąć Rondo od gry – tym bardziej, że gdy kilka dni później Mavs odpadli z fazy play-off to były zawodnik Boston Celtics został pominięty przez resztę zawodników przy podziale profitów za awans do pierwszej rundy.

A przecież nie tak miało być. Rondo w swoim contract-year miał przypomnieć o czasach świetności. Nie dalej niż trzy lata temu o tej porze był jednym z najlepszych zawodników w lidze, omal nie wyrzucając LeBrona Jamesa z rozgrywek posezonowych. W drugim meczu finałów konferencji w 2012 roku wzniósł się na swoje wyżyny, notując jeden z najlepszych indywidualnych występów w całej historii playoffs, czyli 44 punkty, 10 asyst, 8 zbiórek, 3 przechwyty w tych butach. Niestety, kontuzja odniesiona kilka miesięcy później spowodowała, że takiego Rondo jak wtedy nie zobaczymy już chyba nigdy. Bo jeśli ktoś miał na to jeszcze jakiekolwiek nadzieje to po zakończonym dla Mavs sezonie nie powinien mieć już żadnych wątpliwości – playoff Rondo umarł i już nie wróci.

Zerwane więzadło ACL zabrało mu prawie wszystko, co stworzyło z niego gracza unikatowego. Generalny menedżer Celtics Danny Ainge dał Rondo jeszcze jedną szansę, ale ostatecznie w trakcie rozgrywek zdecydował się wytransferować zawodnika, którego transferował zresztą chyba od zawsze. Rondo wylądował w Mavericks, którzy mocno zaryzykowali i równie mocno się na tym transferze przejechali. Danny Ainge znów miał nosa. Tymczasem Mavs po transferze Rondo nie byli już tak ekscytującym zespołem jak wcześniej, tracąc też palmę pierwszeństwa pod względem efektywności swojego ataku. Oczywiście, mówiono że Rondo będzie upgrade’em w defensywie, a pozyskanie takiego obrońcy to może być klucz w obfitującej w świetnych rozgrywających Konferencji Zachodniej, ale koniec końców to wciąż nie był ten Rondo, który w latach 2010-11 sam mógł krzyczeć „first team all defense”.

Wydaje się, że Mavericks o wiele bardziej niż pozytywną obecność Rondo odczuli brak Brendana Wrighta oraz Jae Crowdera – zresztą ten drugi, będąc na śmieciowym kontrakcie, stał się jedną z fajniejszych historii sezonu dla Boston Celtics, szybko stając się także ulubieńcem kibiców. W ubiegłym sezonie nie zarobił nawet miliona dolarów, za to w przyszłym, dzięki bardzo dobrej grze, może liczyć na niezłą podwyżkę. Marc Cuban już zdążył zapowiedzieć, że powalczy o jego powrót do Dallas. Nie powinniśmy spodziewać się podobnej deklaracji w kierunku Rajona Rondo.

To było jednak ryzyko, jakie Cuban podejmuje często, bo podejmować je po prostu musi. Mavericks nie są drużyną, która buduje się poprzez wolną agenturę czy draft. Próbują z różnymi zawodnikami, licząc, że ci wdrożą się w system Carlisle’a i będą wzmocnieniem dla ekipy cały czas prowadzonej przez Dirka Nowitzkiego. Ryzyko opłaciło się choćby w przypadku Monty Ellisa, natomiast Rondo dołączy do Lamara Odoma, jako do tego, któremu w Dallas kompletnie się nie udało. Nie zapominajmy jednak, że Mavs pozyskiwali byłego all-stara i wciąż jednego z najlepszych asystentów w lidze. Czas pokazał, że to już melodia przeszłości. Pytanie, czy usłyszymy jeszcze łabędzi śpiew.

Słaby rzut, coraz mniejsza agresja w grze i bardzo mały ciąg na kosz. To największy wady tego Rondo, który nie może się już odnaleźć w lidze, w której tacy zawodnicy odnaleźć po prostu nie mają się jak. NBA jest już zupełnie inna niż jeszcze trzy lata temu – teraz jest to liga strzelców, liga w której trenerzy szukają przede wszystkim spacingu. Rondo nigdy strzelcem nie był, nigdy też gry nie rozciągał. Najefektowniejszy i zarazem najefektywniejszy był wtedy, kiedy po prostu wchodził pod kosz, gdzie albo kończył akcje cyrkowym rzutem po kolejnym nie-do-wiary zwodzie, albo też rozrzucał piłkę do strzelców jak Pierce, Garnett czy Ray Allen. Oczywiście, w poprzednim sezonie zdarzały mu się mecze, gdzie rozdawał po kilkanaście asyst, robiąc dokładnie to, ale ostatecznie w przekroju całego sezonu notował najsłabsze od sześciu lat 7.9 asyst na mecz.

Bez stabilnego rzutu, bez szybkości i pierwszego kroku, ale za to z ogromnymi problemami na linii rzutów wolnych. Sporo można zwalać na zerwane więzadło, szczególnie jeśli chodzi o szybkość, ale te problemy z wolnymi to już głównie wina samego Rondo, który w ubiegłym sezonie w jakiś sposób po prostu się zablokował. Wiele osób zastanawia się, czy stać go na transformację w doświadczonego rozgrywającego w typie Jasona Kidda, ale obecny trener Bucks – kiedyś nazywany Asonem – był przecież co najmniej solidnie rzucającym graczem, zanim nie stał się jednym z lepszych specjalistów od trójek w lidze. Dowodem tego niech będzie fakt, że Kidd nigdy nie miał przecież większych problemów na linii rzutów wolnych, co potem dało mu solidną podstawę do rozwoju swojego rzutu i poszerzenia zasięgu. Rondo niestety już chyba nigdy rzutem nie będzie groził.

Okej, jeszcze w sezonie 2012/12 trafiał świetne 48.0 procent z półdystansu, będąc pod tym względem w czołówce ligi, ale w poprzednim sezonie trafił ledwie 33.2 procent takich rzutów. I tu już nawet nie chodzi o te procenty, bo raz jeszcze mogą one skoczyć, ale o sam fakt, że Rondo rzutem nie będzie groził. Nie będzie groził, bo nikt się tego rzutu nie będzie bał. Obrońcy nadal będą go odpuszczać, bo będą mogli z taką decyzją żyć. Lepiej jest oddać Rondo daleki półdystans, aniżeli pozwolić mu wejść pod kosz. Choć tam łatwiej nie będzie, bo przecież szybkości nie przybywa, ale warto zaznaczyć, że w poprzednim sezonie Rondo – po raz pierwszy od czterech lat – znów trafiał na ponad 60-procentowej skuteczności z najbliższej odległości do kosza.

Na ten moment, Rajon Rondo po prostu nie pasuje do tej ligi. Będzie musiał więc sporo w swojej grze zmienić, aby znów coś w tej lidze znaczyć, ale czy taki Jason Kidd 2.0 jest wart maksymalnej umowy, o której Rondo mówił w swoim kontekście jeszcze kilka miesięcy temu? Tym bardziej po tak słabym sezonie? Na to pytanie odpowiedź nasuwa się w zasadzie sama. Zainteresowani pozyskaniem 29-letniego zawodnika – choć zapewne nie na maksymalnym kontrakcie – raczej się znajdą, a coraz więcej głosów mówi o przeprowadzce Rondo do Los Angeles, gdzie miałby połączyć siły z dawnym rywalem, a poza parkietem chyba nawet przyjacielem Kobe Bryantem. Może New York Knicks, może Sacramento Kings? Prawda jest jednak taka, że we wszystkich tych klubach Rondo to raczej zły fit. Ciekawie mogłaby wyglądać jego „współpraca” z Bryantem, bo przecież obaj potrzebują piłki w rękach. Oj, to mógłby być koniec tej przyjaźni. Dodatkowo, kto po takim sezonie – w którym sam Rondo podważył to, czy wciąż może grać na wysokim poziomie – zdecyduje się zaryzykować w ten sam sposób, w jaki zaryzykowali Mavs.

Najlepiej byłoby dla Rondo, gdyby wylądował w otoczeniu naprawdę dobrych strzelców (plus na przykład takiego DeAndre Jordana, którego dokarmiałby piłkami tak jak dokarmiał piłkami Shaqa, gdy ten na jeden sezon zdecydował się dołączyć do Celtics), którzy mogliby niejako przykryć jego braki. Tak to działało w przeszłości, w Dallas się nie udało, także dlatego, że pod twardą ręką Ricka Carlisle’a nie było zbyt wiele miejsca dla kreatywności Rondo. I tak jak Rondo w Dallas to był lekko mówiąc niewypał, tak Rondo w Los Angeles to może być katastrofa. Choć z drugiej strony, skład oparty na Kobe, Rondo, Randle oraz kolejnym młodziaku z tegorocznego draftu wygląda na papierze całkiem ciekawie, a przecież możliwe, że Lakers będą w stanie pozyskać jeszcze jedną gwiazdę.

Jak Rondo będzie wspominał swój pobyt w Dallas? No cóż, swój najlepszy mecz w barwach Mavericks jak na ironię zagrał w Bostonie, kiedy to w swoim powrocie zdobył 29 punktów, trafiając rekordowe w karierze pięć trójek i już na starcie zdobywając dziesięć oczek z rzędu. Potem była jeszcze bardzo bolesna kontuzja, kiedy to w twarz kopnął go kolega z drużyny Richard Jefferson. W międzyczasie były kolejne statystyki odnośnie jego rzutów wolnych, by ostatecznie skończyło się na tragikomicznej, 39.7-procentowej skuteczności i ledwie 15 trafieniach w roku 2015. James Harden miewa pojedyncze mecze, w których trafia więcej. Była też oczywiście wielka kłótnia z Rickiem Carlisle’em, no i była jeszcze przegrana z Charlie’m Villanuevą w Connect Four, co mogło akurat zaboleć najbardziej. O całej sytuacji opowiedział ostatnio Dirk Nowitzki, zaznaczając, że do zdarzenia doszło zaraz na początku przygody Rondo w Dallas. Jeśli więc mamy kogoś winić to wińmy Charliego V.

A co dalej z samym Rondo? Przyszłość rysuje się w niejasnych barwach i choć wolna agentura to coś, czego Rondo bardzo chciał to jednak nie przypominajcie mu o tym teraz, wkurzy się na was. Fakt, często wygląda na wkurzonego i pewnie małe jest grono osób, które nigdy go nie wkurzyło, ale tu miałby dobry powód, bowiem Rondo nie w takich okolicznościach i nie po tak słabym sezonie chciał zostawać wolnym agentem – poprzednie rozgrywki to był chyba jeden z najgorszych contract-year, jakie NBA w ostatnich latach widziała. Czy zobaczymy jeszcze kiedyś tego zawodnika, który zachwycał nas swoimi triple-double kiedy dobra gra liczyła się najbardziej? Niestety dla samego Rondo (ale i dla fanów jego gry, a tych przecież miał naprawdę wielu), szanse na to są małe. Teraz czas chyba na nowy rozdział w jego karierze, czyli walka o przetrwanie w lidze, do której coraz bardziej nie pasuje.