Golden State Warriors wygrali pierwszy mecz tegorocznych Finałów NBA, co prawda po dogrywce, ale to oni prowadzą 1-0 w serii do czterech zwycięstw i potrzebują jeszcze trzech wygranych, aby świętować pierwszy od wielu, wielu lat mistrzowski tytuł. Niestety dla samych finałów, nie zagra już w nich Kyrie Irving, który w samej dogrywce kontuzjował sobie rzepkę i czeka go od 3 do 4 miesięcy przerwa. Jest to ogromna strata dla Cleveland Cavaliers, tym bardziej, że Irving (23 punkty, 7 zbiórek, 6 asyst, 4 przechwyty, 2 bloki) zagrał naprawdę dobrze w meczu numer jeden , nie będąc tylko rozciągającym grę statystą, ale solidnym wsparciem dla LeBrona Jamesa.

Cavs mieli zresztą szansę na wygranie tego meczu, ale najpierw swój rzut przestrzelił LeBron James, a minimalnie niecelna okazała się też dobitka Imana Shumperta. Z jednej strony, na Cavs spadło sporo krytyki za to, jak tę ostatnią akcję rozegrali, bo było to po prostu „dajcie piłkę LeBronowi i patrzcie”, ale z drugiej strony trudno oczekiwać, aby pozostała czwórka zawodników – która przez zdecydowaną większość uprzednich 47 minut rzeczywiście po prostu dawała piłkę LeBronowi i patrzyła – nagle zamieniła się w graczy San Antonio Spurs i razem z LeBronem rozegrała składną, zespołową akcję, kiedy waży się wynik meczu.

Słowa pochwały należą się za to graczom Warriors za to, jak poradzili sobie z Jamesem. Steve Kerr przyznał po meczu, że od samego początku plan był taki, aby zmusić Jamesa do wzięcia całego ciężaru gry na siebie. Tu nie chodzi o to, aby go zatrzymać, ale aby sprawić, by wszystko robił sam.

http://i.imgur.com/HySb5Lo.jpg

Warriors musieli wybrać zło i w pierwszym meczu wybrali to mniejsze. LeBron zdobył bowiem przecież aż 44 punkty (najwięcej w G1 od 2001 roku), ale zrobił to przy 38 rzutach z gry (najwięcej w karierze, nie tylko w fazie play-off), z czego ledwie cztery próby pochodziły spod kosza. GSW zapraszali Jamesa do gry na dystansie, dawali mu sporo miejsca, a przy grze tyłem rzadko kiedy podwajali – nawet jeśli po switchu James miał na sobie Klaya Thompsona, którego momentami po prostu zjadał.

Trzeba też pochwalić w tym miejscu Andre Igudoalę, który wykonał świetną pracę w obronie (jakkolwiek to brzmi w zestawieniu z tym, że James zdobył przecież 44 punkty), a do tego był bardzo efektywny w ataku, trafiając nawet trójkę bez buta. Pytanie tylko, czemu w drugiej połowie widzieliśmy znacznie mniej pick-and-rollów Cavs, które Warriors w większości switchowali, i po których James miałby na sobie słabszego obrońcę. Wtedy najprawdopodobniej byliby skłonni częściej zsyłać pomoc, tym bardziej kiedy Timo Mozgov stoi w okolicach obwodu/linii rzutów wolnych, ale rosyjski center często ścina do kosza, co 1) wyznacza nowe standardy w dzisiejsze koszykówce, 2) skutecznie od udzielania pomocy odstrasza.

http://gfycat.com/IgnorantCostlyHornedtoad

Strategia Rona Adamsa, aby nie podwajać przyniosła więc skutek (sześć asyst Jamesa, trzy prowadzące do trójek Cavs), bo po pierwsze pozwoliło to Warriors na wypchnięcie Jamesa z pomalowanego, zachęcając go do gry jeden-na-jednego, a po drugie pozwoliło to także uniknąć uruchomienia pozostałych graczy Cavs, których James dzięki takim podwojeniom mógłby kreować. Cavs powinni być już mądrzejsi po tym meczu numer jeden i mimo faktu, że James zdobył aż 44 punkty to zdobył je bardzo nieefektywnie, dlatego też David Blatt powinien wprowadzić usprawnienia i wrócić choćby do grania pick-and-popów LBJ – Dellavedova / Shumpert / Smith, które były tak skutecznym rozwiązaniem przeciwko Atlanta Hawks.

Można też próbować z przechodzeniem w post-up na Stephena Curry’ego, grając picki z zawodnikiem, którego Steph będzie krył – Warriors starają się bowiem zamieniać krycie przy każdej takiej akcji, a to mogłoby spowodować, że James znalazłby się z Currym na plecach, co powinien bardzo łatwo wykorzystać. Na razie nie mieliśmy się jeszcze okazji o tym przekonać, było za to parę akcji, w których to Curry łatwo poradził sobie z Jamesem.

http://gfycat.com/RareIckyHound

Tym sposobem warto więc przejść do głównego tematu, czyli do tego, jak to Stephen Curry poradził sobie z obroną Cavaliers. W akcji powyżej doszło zresztą do czegoś, czego Cavs nie chcieli – doszło do zmiany krycia i to wysoki obrońca (w tym przypadku LeBron) został z Currym, który przy pomocy dryblingu zrobił sobie trochę miejsca i mimo lekkiego zawahania trafił nad Jamesem.

Strategia drużyny z Ohio zakładała bowiem, aby przy pick-and-rollu wysoki obrońca zamykał stronę, a ten niższy (najczęściej był to Kyrie Irving) przechodził nad zasłoną. Dzięki temu nie dochodziło do sytuacji, gdzie Curry miałby na sobie wyższego, mniej mobilnego gracza, ale też sporo miejsca na dystansie.

http://gfycat.com/UnknownHeartyKookaburra

Oba rzuty są dobrze kontestowane przez najpierw Mozgova, a następnie Jamesa Jonesa, dlatego też drogi do kosza nie znalazły. Cavs z jednej strony nie chcieli dawać Curry’emu zbyt wiele miejsca, ale woleli też, aby piłką się raczej dzielił. Zachęcali go do tego, zostawiając niekrytego gracza stawiającego zasłonę, co ostatecznie Curry zaczął wykorzystywać. Zanim jednak do tego doszło, zaczął od mecz od zdobycia punktów w taki oto sposób:

http://gfycat.com/SizzlingClosedCicada

Na kolejną taką akcję kibice Warriors musieli jednak czekać dopiero do drugiej kwarty, kiedy to w podobny sposób Curry dzięki dwóm zasłonom uwolnił się od Dellavedovy, jednym kozłem zwiódł Mozgova i również trafił. Tymczasem w pierwszej kwarcie zdobył ledwie cztery punkty, trafiając tylko dwa z siedmiu rzutów i nie miał ani jednej asysty. Ba, ci Warriors w pierwszych 12 minutach gry mieli ledwie dwie asysty, grając dość nerwowo, co spowodowało, że to Cavs objęli nawet 14-punktowe prowadzenie. Dopiero pewne usprawnienia w drugiej kwarcie spowodowały, że Warriors wrócili na właściwe tory.

Przede wszystkim, MVP sezonu regularnego miał kilka dobrych podań w pick-and-rollu, które Draymond Green bardzo dobrze wykorzystał. Cavs co prawda woleli mieć Greena w sytuacji 3-na-4, aniżeli pozwolić Curry’emu na odrobinę więcej miejsca, ale to kilka razy się na nich odbiło. Poniżej Green bardzo dobrze rozprowadził piłkę na skrzydło, także dlatego, że tym razem James schodził do pomocy nawet za mocno (tymczasem pomóc mógłby też Shumpert, ale jego zadaniem jest bronienie Klaya Thompsona, więc o schodzeniu nie ma mowy).

http://gfycat.com/GlassTallCrab

To było już w pierwszej kwarcie, tymczasem w drugiej – kiedy Curry już się rozkręcił, a Warriors odrobili straty i wyszli nawet na prowadzenie – mieliśmy klasyczny wręcz pick-and-roll ze ścinającym do kosza Greenem, który otrzymał perfekcyjne podanie kozłem od Curry’ego. Mozgov kontestować tego nie mógł, bo a) mógłby zostać zabity, b) Green mógłby oddać piłkę nad kosz do Boguta.

http://gfycat.com/DeadPointedAfricanrockpython

I jeszcze jedna, bardzo podobna do tej sytuacja z czwartej kwarty, kiedy to Mozgov i Irving zdają się nawet próbować podwajać tutaj Curry’ego, ale ten po raz kolejny bardzo dobrze podaje, tym razem do Boguta, który ma w zasadzie czystą drogę na kosz. Była to jedna z ośmiu asyst Curry’ego, który oddał także tylko sześć trójek i trafił dwie.

http://gfycat.com/NearIncredibleBagworm

Jedna z tych trójek to była druga kwarta, kiedy Warriors powoli się rozkręcali, a Cavs grali wtedy czystą koszykówkę spod znaku „patrz na Jamesa i po prostu nie przeszkadzaj” (na przełomie kilku minut pięć z sześciu akcji to były rzuty LBJ z dalszych odległości, tylko jeden znalazł drogę do kosza).

Poniżej kolejny bardzo dobry przykład tego, jak Curry poradził sobie z taką obroną.  Tym razem nie było to oddanie piłki, ale wzięcie ze sobą Tristana Thompsona, który musiał za Currym iść, bo bardzo spóźniony na zasłonie był Dellavedova. Curry wykorzystał więc fakt, że miał sporo miejsca i sporo czasu, wszedł z dryblingiem na kosz, oddał piłkę na obwód i dostał ją z powrotem w rogu swojego własnego imienia, skąd pudłować mu po prostu nie wypada – tym bardziej, kiedy Thompson jest spóźniony niemniej niż Dellavedova (który tamtego wieczoru był synonimem spóźnienia, spóźniając się też na powrotny autobus Cavs do hotelu, choć wymówkę miał dobrą – przyleciała jego siostra, na zdjęciu po prawo).

http://gfycat.com/SeveralOnlyConch

26 punktów przy 50-procentowej skuteczności z gry (10/20) i przy zaledwie dwóch trafieniach za trzy od najlepszego gracza sezonu to całkiem niezły wynik, ale Curry tak czy siak swoje zrobił, dokładając przecież także osiem asyst. Cavs zastosowali ciekawy wariant, ograniczając znacznie Curry’emu jego najlepszą broń – ostatni raz tak mało trójek trafił w drugiej rundzie przeciwko obronie Memphis Grizzlies – ale ten i tak był w stanie sobie bardzo dobrze poradzić i mieć pozytywny wpływ na przebieg spotkania dla swojej drużyny (+4 z nim na parkiecie).

Kluczowe były jego cztery punkty w dogrywce, pierwsze dla Warriors w dodatkowej części meczu. Kluczowe, bo obie drużyny miały spory problem ze znalezieniem punktów (Cavs koniec końców zdobyli tylko dwa, kiedy wynik był już przesądzony). Wszystkie cztery punkty zdobył po rzutach wolnych, ale najpierw wymusił faul, kiedy po zamianie krycia miał na sobie Tristana Thompsona – wcześniej, w takiej samej sytuacji, po serii dryblingów efektownie trafił nad Kanadyjczykiem – a potem nabrał Kyrie Irvinga, wysyłając go w powietrze i wymuszając faul.

Czego spodziewać się w meczu numer dwa? Znając historię LeBrona Jamesa, a raczej historię jego zespołów to można być pewnym, że drugi mecz będzie wyglądał już znacznie inaczej. Niektórzy typują zwycięstwo Cavs, ale plany mocno krzyżuje im kontuzja Irvinga, bowiem bez niego dla wielu osób te finały już się skończyły. Tak czy siak, pewne jest, że bez Irvinga nawet jeszcze większy ciężar gry spadnie na Jamesa – trzeba przygotować się więc, że znów mnóstwo będzie izolacji i gry tyłem do kosza, może nawet LBJ odda ponad 40 rzutów.

Warriors mają jednak trzech, nawet czterech obrońców, których mogą na niego na zmianę rzucać, podczas gdy Cavaliers takiego komfortu w przykryciu Curry’ego nie mają. Z gry wypadł Irving, który zaskakująco dobrze sobie zresztą poradził (przeciwko niemu Curry trafił ledwie jeden z pięciu rzutów), natomiast Dellavedova zaliczył słabiutki mecz. Jest co prawda Iman Shumpert, który choćby w pierwszej rundzie odwalił kawał dobrej roboty na Isaiahu Thomasie z Boston Celtics, ale kluczem w ograniczeniu poczynań Stepha będzie zabieranie mu miejsca i zmuszanie do oddawania piłki i próba odcięcia mu tych passing lanes, którymi może obsłużyć partnerów.

Tymczasem w zespole z Ohio powinni zastanowić się nad większymi wspólnymi minutami dwójki Mozgov – Thompson, która w pewnym momencie zjadała Warriors na tablicach. Zresztą, w 27 minut gry, jakie spędzili razem na parkiecie Cavaliers byli pięć punktów na plusie. Rosjanin miał solidne 16 punktów (wyrównał rekord tych play-offów), choć sam z siebie nic nie wykreował i nigdy nie wykreuje (97 procent jego punktów z sezonu regularnego było po podaniu kolegi z drużyny), podczas gdy Thompson zebrał aż 15 piłek (w tym sześć pod przeciwnym koszem), ale zapisał na koncie tylko dwa punkty, zdobywając pierwsze punkty w tegorocznych finałach.

Mecz numer dwa w noc z niedzieli na poniedziałek o 2:00 czasu polskiego.

  • Mateusz Dobosz

    Timi – podstawą w koszykówce jest fakt, że nie udziela się pomocy ze strony mocnej! I w tej sytuacji gdy penetrował Green, Shumpert nie ma prawa po prostu dawać pomocy!

    • Timi

      Koszykówka idzie do przodu, choćby Memphis Grizzlies bardzo często używają schematów, gdzie udziela się pomocy ze strongside. W powyższej sytuacji Shumpert mógłby to zrobić, ale nie zrobił z jednego powodu – on ma strzec Thompsona, być przy nim jak najbliżej.